
Dejan Enew „Zabijanie umarłego” część pierwsza „Opowiadania o morderstwie”
Kwiecień 27, 2010tłum. Kaja Markiewicz, III rok filologia bułgarska
„Wynajęty zabójca”
Afgańczyk Witia siedział w kuchni, z nogami na stole i palił papierosa za papierosem. Rano ogolił się, ubrał czystą koszulę i odtąd wszystko diabli wzięli, nawet nie ruszył nóg ze stołu, a tylko ciągle wpatrywał się w telefon.
Ponad pół roku nie dzwonili do niego. Ale nie z powodu pieniędzy niepokoił się Afgańczyk. Wkurzał się, że od tego ucierpi jego zawód. Jego zawód był podobny do zawodu skrzypka. Jeśli nie ćwiczysz codziennie, stajesz się pośmiewiskiem.
Witia kochał swój zawód. Długie lata zarabiał na chleb tym, że zapalał znicze nad grobami różnych osób. Człowiek, który zapalał znicze. To brzmiało dobrze.
Przypomniał sobie ostatni przypadek. Musiał zabić jakiegoś biznesmena. Biznesmen miał ściśle ustalone nawyki i każdego dnia chodził jedną i tą samą drogą. Zabić go – bułka z masłem. Ale Afgańczyk nie lubił robić czegokolwiek pośpiesznie. Kochał wiedzieć wszystko o swojej ofierze, aby stać się z nim jednością, aby stać się jego cieniem, aby zrozumieć go jak swojego rodzonego brata. I dopiero potem strzelić.
W tym zawodzie były zasady, które dobrze było przestrzegać. Jedną z nich był szacunek do ofiar.
Afgańczyk szanował swoje ofiary.
I w końcu biznesmen wyruszył. Wsiadł do pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji i podążył do krainy snów. Afgańczyk zastrzelił go o siódmej rano przez okno, dokładnie wtedy, kiedy biznesmen puścił wodę z kranu. Od wtedy, tamci do niego nie dzwonili. Niedługo będzie siedem miesięcy.
Witia zaparzył sobie kawę, usiadł na stołku a nogi znowu położył na stole.
Kiedy otrzymał zlecenie, wtedy jakby odmłodniał. Oczy jego nabrały chłopięcego blasku. Głębokie zmarszczki wokół ust wygładziły się. Serce zaczęło bić mocno i równo.
Pierwszego dnia Afgańczyk Witia tylko czyścił swój pistolet. Siedział na stole, czyścił wodą utlenioną stalową obudowę pistoletu i myślał.
Drugiego dnia zrobił sobie krótki spacer do domu ”pasażera”.
Trzeci dzień spędził w bibliotece. Czasem z starych gazet człowiek może dowiedzieć się wielu rzeczy.
I odtąd zaczęło się poszukiwanie nowej zdobyczy. Dzień za dniem, noc za nocą. Dla tych chwil żył Afgańczyk. Podniecenie było tak silne, że zamieniając się nawet w nieskończone miesiące oczekiwania od zamówienia do zamówienia pozostawało cennym wspomnieniem.
Afgańczyk nienawidził nowego gangu, który wpakował się do tej branży w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Wszystkich tych leworęcznych mięśniaków w czarnych okularach, którzy nagle spadali na swoje ofiary wielkimi samochodami i motocyklami i strzelali do nich z pistoletów maszynowych. To była jatka, a nie sztuka. Afgańczyk nie rozlewał krwi. Afgańczyk pozostawiał jedynie mały otwór w czole. Jeden, malutki, piękny podpis.
Witia wstał, aby wyczyścić popielniczkę, a potem otworzył nową paczkę papierosów. Dawno nie otrzymał rachunku za papierosy, które wypalał. Z pewnością w ciągu minionego pół roku napełniłby cały skład pociągu niedopałkami.
Na dworze zaczęło robić się ciemno. Wiał silny wiatr, który zaginał wierzchołku drzew. Witia włączył światło i dalej patrzył się na telefon.
„Proszę Cię, Ojcze. Niech zadzwonią. Jeszcze nie jestem śmieciem. Jeszcze mogę to robić, inne rzeczy już nie.”
W tej chwili zadzwonił telefon. Witia w pierwszym momencie nie ruszył się, tylko wybałuszył oczy. Potem zerwał się i chwycił za słuchawkę.
Dopóki rozmawiał, na jego twarzy jawiła się błogość. W końcu, kiedy rozmowa się skończyła, uroczyście podszedł do swojego sejfu. Otworzył i wyciągnął stamtąd pistolet. Powoli rozłożył go, wyczyścił z tłuszczu i złożył na nowo. Wsadził z przyjemnością magazynek do pistoletu. Odbezpieczył spust, podszedł do lustra i długo spoglądał w swoje oczy, błyszczące jak u dziecka. I wreszcie Afgańczyk Witia dotknął lufą skroni i wystrzelił.
„Pan Słoneczko”
Policjant Jurij wypił jedną filiżankę gorącej kawy w baraku, szumnie nazwanym „Kosmos”, pewnym ruchem wstał od stolika, spluwę wsadził z przodu paska, wyszedł na zewnątrz, kiedy powoli zapadał zmrok i ruszył w kierunku okolicznego parku, do opuszczonej kaplicy. Kaplica od lat niebłagalnie rozpadała się. Na niektórych cegłach na ścianie, ale też wewnątrz pomieszczenia ciągle pachniało sikami. Od dawna kaplica służyła jako zakwaterowanie dla różnych typków.
Ostatnio byli tutaj tacy, pobili i okradli pewną rodzinę.
Ale tego wieczoru Jurij chciał im dać do zrozumienia. Chciał ich zniszczyć. Dopóki szedł wśród pustkowia na zamarzniętej alei, wyobrażał sobie jak wyważy drzwi kaplicy, jak oślepi całą bandę reflektorem, jak ustawi ich jeden obok drugiego pod ścianą, tych wszystkich narkomanów, prostytutki i alkoholików, i wreszcie jak poprowadzi ich w kolumnie przed sobą przez dzielnicę.
Było mu wszystko jedno, co dalej porucznik zrobi z odzyskaną kaplicą.
Z ręką na kaburze Jurij doszedł do budynku i nasłuchiwał. Gdzieś na drugim końcu parku słychać było wściekłe ujadanie niezliczonej ilości psów. Stare wierzby wyglądały jak szubienice, czekające na osądzonych. Jurij wyciągnął pistolet, chwycił go mocno prawą ręką, a lewą trzymał reflektor, a następnie silnie kopnął w drzwi.
Pomieszczenie wydawało się puste. Jurij zaczął uważnie oświetlać kąty reflektorem. W jednym kącie dostrzegł jakiś stos i podszedł tam. Pod jego ciężkimi, wojskowymi butami pękały kawałki szkieł. Z bliska ten stos okazał się ludzkim ciałem, z twarzą skierowaną ku ścianie. „Policja!” krzyknął Jurij, ale człowiek nie zareagował. Jurij trącił go nogą, potem pochylił się i obrócił ciało na plecy. Reflektor oświetlał nagie zwłoki starca, zawinięte w stary płaszcz, obwiązany sznurem. Długa broda starca zamarzła na kość i nastroszyła się tak, że można by ją widzieć z daleka jak znaki przy drodze. Jurij schował pistolet i zaczął przeszukiwać trupa. W dużych, zewnętrznych kieszeniach płaszczu znalazł kilka twardych jak kamień kromek chleba. W wewnętrznych kieszeniach znalazł coś na kształt portfelu, zgniłego i cienkiego jak kartka papieru. W portfelu nie było nic oprócz resztek tytoniu. Tylko w jednej z kieszonek Jurij znalazł karteczkę, gdzie ołówkiem było napisanych kilka słów. Zajęło mu trochę czasu, zanim przeczytał tekst w świetle reflektora.
Panie Słoneczko, było napisane na początku, proszę.. Reszta była zamazana.
„Ptaszyna”
Biedna Augusta i tej nocy nie mogła spać. Na jej nocnym stoliku leżały opakowania po tabletkach nasennych. Jednym ruchem ręki zgarnęła je do szuflady. Wstała, ubrała jedwabną podomkę ze złotym smokiem na plecach, przyrządziła kawę, wypiła ją, a potem wyprostowała się przed lustrem i stała tam najkrócej z pół godziny. Z obrzydzeniem spoglądała na swoje odbicie. Obmierzłe cienie pod oczami, piegi na szyi, rzadkie włosy koloru ziemniaka.
Zdjęła podomkę.
Okrągły brzuch jak u gęsi. Żółte uda. Zapaprane piersi piegami. Gruboskórna jak wampir.
Babcia Augusta.
Ubrała z powrotem podomkę i poszła do łazienki. Na co jej było takie życie. Na co jej były pieniądze, które odkładała. Na co jej było uszczęśliwianie bezdzietnych cudzoziemców sierotami i opuszczonymi dziećmi, organizowanie nielegalnych kanałów przerzutów z kraju i kierowania ich w cudze życie, kiedy już obecne był wystarczająco kiepskie.
Jeszcze dziś musi się to zakończyć. Nie jutro, dziś. Cały ten bałagan. Siedemnaste piętro było idealnym miejscem do podjęcia takiej decyzji. Augusta z złośliwą radością otworzyła okno i oparła się na parapecie. A ci malutcy ludzie na dole jeszcze nic nie podejrzewali, którzy chodzili tam i nazad. Jakby chcieli się rozerwać i uciec jak karaluchy każdy w swoją stronę. Jakby mogli z obrzydzeniem obejść jej piękne, rozpostarte ciało. Aby tylko mogli o tym nieskończenie mówić w domu o jakiejś tam, która spadła z góry. I aby dziwili się, dlaczego to zrobiła. Eee tam, pieprzyć was wszystkich.
Augusta chciała się napić jeszcze czegoś mocnego. Ubrała się pośpiesznie, długo waliła w drzwi windy, ponieważ nie chciała przyjechać. Ale gdy w końcu winda przyjechała, walnęła tak mocno, że kabina windy rozkołysała się.
Bar na parterze był pusty, tak jak lubiła.
- Jeden podwójny – powiedziała do chłopaka za barem.
- Nie jest za wcześnie, Augusto? – zapytał barman.
- Nie sądź. Gliną jakimś jesteś czy co. Zresztą wszyscy jesteście glinami. Twoją pracą jest mycie szklanek, nalać coś do picia i nie otwierać ust.
Z całą swoją godnością Augusta wzięła kieliszek i usiadła w najdalszym kącie baru. Chcieliby widzieć siebie, kiedy znaleźli jej piękne, rozpostarte ciało. Nigdy już blok nie jest tym samym, kiedy ktoś wypadnie z niego. Ludzie zaczynają wkoło niego krążyć. Blok staje się przekleństwem. Takich właśnie oto nieszczęśników. Wszyscy jesteście glinami. Niebieskoocy gliniarze z ogolonym pyskiem.
Augusta dopiła drinka i wstała. Musiała coś dokończyć. Wykąpać się i umalować. Ubrać się na biało.
Ptaszyna Augusta.
Zapłaciła i poszła do windy.
Po dwóch godzinach była gotowa. Jaka teraz była piękna. Wyglądała całkiem jak dziesięcioletnia dziewczynka z ustami pomalowanymi na czerwono. Dobrze to dziś rano obmyśliła. Znowu miała ochotę napić się czegoś. Dlaczego by nie? Mogła sobie na to pozwolić. Tę robotę, którą sobie obmyśliła, chciała, aby spełniła się w mgnieniu oka. Dnia starczy jej na wszystko.
Wyszła na korytarz i przywołała windę. Gdy czekała na windę aż zajedzie na 17piętro, zaczęła walić w drzwi. Winda działała tylko wtedy, gdy w nią walono.
W barze znowu było pusto. Ale w kącie, dokładnie na jej miejscu, siedział jakiś mężczyzna. Augusta zamówiła drinka i podeszła do tamtego stolika.
- Ja tutaj siedzę – powiedziała ze złością.
- Przepraszam panią, nie wiedziałem – odpowiedział mężczyzna.
- Nie jestem panią, a panienką – odpowiedziała wściekła Augusta.
- W takim razie jeszcze raz przepraszam.
Mężczyzna wstał i usiadł przy sąsiednim stoliku. Augusta patrzyła na niego uparcie. Miał już swoje lata, ale wyglądał na silnego. Jakiś taki tęgi jak van, a do tego wszystkiego z niebieskimi oczyma i ogolony do krwi. Prawdziwy glina, pomyślała sobie Augusta, kiedy zmieniał stolik. Nie dla mnie tacy.
- Gdzie pan pracuje? – postanowiła go zagadać.
- Ja? – mężczyzna wstał i ukłonił się – Kapitan Czeczew z Szóstego Odziału Policji.
- A ja… Ale, po co nam te całe ceregiele. Nie potrzeba panu mojego imienia i koniec kropka.
- Wygląda pani, jak to powiedzieć, na lekko spiętą. Może w czymś pomóc?
- Nie wyglądam na spiętą, ale zdecydowaną. Niedługo zrozumie pan, o co mi chodzi. Zrozumie pan po krzyku. Ale także po tłumie, który się zbierze. Po tym, że przyjedzie karetka. I oczywiście, gliny. Będą mieli trochę roboty. Potem będą pisać o tym jak oszalali. Aż się osrają od pisania tych długich, tępych raportów.
- Nie wiem, o czym pani mówi, ale na pewno będzie to ciekawe.
- A po co pan tyle pyta. Nie jesteście na służbie? – nagle przyszło do głowy Auguście by się zapytać.
- Niestety, na służbie.
- Pewnie jakaś tajemnicza akcja. Może polowanie na prostytutki?
- Nie, był tutaj śmiertelny wypadek.
- Kogo zabili? Nie słyszałam strzału.
- Pewna kobieta rzuciła się w waszym bloku. Jakaś Augusta. Zna ją pani?
Augusta wstała, rozlała whisky i wyszła na zewnątrz. Zwłoki leżały kilkanaście metrów od bloku, a wokół nich zebrał się tłum. Na ciało było rzucone prześcieradło.
- Co się stało? – rozpychała się do przodu Augusta.
- Jakaś nienormalna – mruknęła staruszka do niej i przeszły ją dreszcze na zzieleniałej od starości skórze – rzuciła się z 27piętra. Nawet otruła się wcześniej w pokoju. A to – tylko cyrk dla ludzi. Z jej ciała, oczywiście, mielone. Ja siedziałam, o tam, na ławce i widziałam wszystko. Staruszka zobrazowała jeszcze ręką jej zmyśloną gadaninę i spojrzała znowu jak zahipnotyzowana na białą kupę.
Augusta rozejrzała się nieprzytomnie. Chciała krzyknąć, ale nie wydobył się z niej żaden dźwięk. Nagle poczuła, że ktoś ją silnie chwyta za łokieć.
- Pójdzie pani ze mną – usłyszała znajomy głos.
Augusta obróciła się powoli. Całkiem blisko, patrząc jej w oczy, stał kapitan Czeczew.
Dejan Enew(Деян Енев) – urodzony 11 sierpnia 1960 roku w Sofii. Ukończył bułgarystykę na Uniwersytecie Sofijskim „Św. Kliment Ochrydzki”. Pracował jako nauczyciel i dziennikarz(obecnie pracuje w „Сега”). Wydał sześć tomików opowiadań: „Четиво за нощен влак”, „Конско Евангелие“, „Ловец на хора“, „Клането на петала“, „Ези-тура“ i „Господи помилуй“. Otrzymał główne nagrody w dziedzinie beletrystyki od „IK Christo Botew”, „Christo Danow”, „Helikon”.