h1

Balkan United powraca!

Listopad 16, 2015

Redakcja ogłosza nabór tekstów do kolejnego numeru. Tematem przewodnim będzie szeroko rozumiana kultura popularna, ale jesteśmy otwarci na teksty z różnych dyscyplin naukowych – od literaturoznawstwa, przez językoznawstwo, nauki polityczne, historię, po różnego rodzaju teksty kulturoznawcze. Interesują nas także tłumaczenia tekstów naukowych, literatury pięknej i utworów poetyckich. Zachęcamy również do nadsyłania: reportaży, relacji, wywiadów, recenzji książek i felietonów. Teksty powinny dotyczyć obszaru Półwyspu Bałkańskiego, ale zainteresowanych zachodnią i wschodnią Słowiańszczyzną zapraszamy do naszego działu „Nie tylko Bałkany„!

Na teksty o maksymalnej objętości 10 stron wraz z bibliografią i przypisami czekamy do końca grudnia 2015 r. Prosimy o używanie formatu doc i docx.

Pytania i gotowe teksty należy wysyłać na balkanunited@gmail.com

Szczegółowe wymogi redakcyjne pod tym linkiem.

h1

marek matyjanka go saka gtc

Kwiecień 23, 2015

Gdyby Skopje tylko mogło wyjechać – wyjechałoby. Jeśli mogłoby mówić, powiedziałoby: „boli” i wystąpiło o eutanazję.

go-sakam-gtc-profile-new

Czytaj resztę wpisu »

h1

2725 godzin słońca… Hvar – wyspa wielu imion (Karolina Urbańska)

Marzec 3, 2015

2725 godzin słońca

Hvar – wyspa wielu imion

Miłość do Chorwacji zaszczepili mi rodzice. Wszystko zaczęło się jakieś jedenaście lat temu, kiedy pierwszy raz, jeszcze jako mała dziewczynka, pojechałam tam razem z rodziną na wakacje. Uśmiechnięci ludzie, przepyszne jedzenie, muzyka, skoczne tańce, szum morza i nieustający śpiew cykad – to wszystko sprawiło, że na dobre zakochałam się w Chorwacji. Teraz (po długich rozważaniach) zdecydowałam się wziąć pod lupę Hvar, wyspę na której „zakotwiczyłam” się zdecydowanie najdłużej i którą darzę ogromnym sentymentem.

Hvar jest najbardziej znaną i najładniejszą ze wszystkich wysp  na Adriatyku. Czasopismo Traveller uznało ją za jedną z najpiękniejszych wysp świata zaraz obok Bali czy Zanzibaru. Przez wielu nazywana jest wyspą słońca, ze względu na największe w Chorwacji  nasłonecznienie ( średnio 2725 godzin rocznie!) lub też wyspą lawendy, z uwagi na intensywną uprawę tej rośliny. Natomiast sami Chorwaci ironicznie nazywają Hvar wyspą… snobów, ponieważ jest ulubioną wyspą zamożnych rodaków.

drogi

Wyspa jest rzeczywiście piękna – dzikie wzgórza porośnięte gęstymi zaroślami, liczne malownicze i trudnodostępne zatoczki z krystalicznie czystą wodą i białymi kamienistymi plażami, urokliwe miasteczka przyklejone do zboczy. Do tego szum morza i śpiew cykad. Łagodna wiosna i słoneczne lato sprawiają, że roślinność jest bardzo bujna: wiecznie zielone krzewy, palmy, agawy, aromatyczne zioła. W 2008 roku, ten zapierający dech w piersiach krajobraz, doczekał się wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO pod nazwą Równina Starego Gradu (Starogradskie Polje).

hvar miasto widok na wyspy pakleni (1)

Wyspa ma też inne oblicze. Wąskie, kręte drogi, wijące się nad niezabezpieczonymi niczym przepaściami potrafią dostarczyć wyjątkowych emocji, zwłaszcza że miejscowi jeżdżą po nich z ułańską fantazją. Nic więc dziwnego, że na Hvarze rozpowszechniło się przekleństwo „obyś zginął na drogach Hvaru!”. Przy odrobinie rozsądku można jednak w miarę bezpiecznie poruszać się nawet po najbardziej krętych, gruntowych drogach i dotrzeć do miejsc jeszcze niezadeptanych przez turystów. Większość ludzi zamieszkuje zachodnią część wyspy, ze względu na lepszy dostęp do morza i żyzne ziemie, dlatego też główne miasta znajdują się właśnie tam.

hvar miasto

Główne miasto nosi taką samą nazwę jak wyspa – Hvar. Leży ono na południowo-zachodnich krańcach wyspy, nad zatoczką wychodzącą na archipelag Piekielnych Wysepek (Pakleni Otoci). Centrum starego miasta to prawdziwa perełka. Wzdłuż nadwodnej promenady ciągną się eleganckie pałace przytulone do zboczy wzgórza Španjola. Większość zabudowy jest zrekonstruowana – miasto zostało doszczętnie zniszczone w wyniku najazdu tureckiego w 1571 roku. Hvar jest mekką dla chorwackich (i nie tylko) celebrytów. Swoje wakacje spędzili tu m.in. Beyoncé i Jay- Z, Paris Hilton, Steven Spielberg, a nawet książę William.

Miasto może trochę odstraszać wysokimi cenami, jednak jest to obowiązkowy punkt zwiedzania. Koniecznie trzeba zobaczyć: plac św. Szczepana (Trg Sv.Stjepana), arsenał, teatr z 1612 roku, uważany za najstarszy   w Europie, pałac Hektoroviciów, katedrę św. Szczepana (Sv. Stjepan) oraz XVI-wieczną twierdzę Španjola, do której wiedzie kręty szlak nad miastem, poprowadzony wśród suchych zarośli, sosen i palm. Warto się tam wspiąć dla widoku na czerwone dachy miasta, port i pobliskie wysepki. Po intensywnym zwiedzaniu można udać się wodną taksówką na wyspy Pakleni, gdzie znajdują się najlepsze plaże w okolicy.

jelsa

Wspaniałą alternatywą dla gwarnego Hvaru jest Stari Grad, dawna stolica wyspy. Miasto może nie jest tak popularne jak jego południowy sąsiad, jednak urzeka spokojem i piękną zabudową. Najbardziej znanym tutaj zabytkiem jest Tvrdalj, wzniesiony w 1520 roku pałac chorwackiego poety Petra Hektorovicia. Na ścianach budynku zachowały się ciekawe inskrypcje z cytatami z dzieł poety w języku chorwackim, włoskim i łacińskim. W rezydencji można zobaczyć zrekonstruowaną kuchnię oraz piwnicę z winami.  W położonym za domem ogrodzie znajduje się staw (rybołówstwo było pasją poety) oraz „armata na chmury”. Podobno miała ona służyć nie do obrony, lecz do dziurawienia chmur, w celu wywołania deszczu. Warto zagłębić się w labirynt krętych i wąskich uliczek i udać się do kościoła św. Rocha ( crkva sv. Roka) – patrona wyspy Hvar. To właśnie w Starym Gradzie szesnastego sierpnia hucznie obchodzone jest święto ku jego czci. Tym, którzy szukają również wrażeń kulinarnych, polecam wybrać się na kolację lub deser do konoby Jurin Podrum (ulica Donja kola 11, niedaleko kościoła św. Rocha) położonej w samym sercu Starego Gradu. Urocza, mała restauracyjka prowadzona jest przez chorwacką rodzinę od 1917 roku. Menu obfituje w ryby i owoce morza, ale znajdzie się również coś dla tych typowych mięsożerców…  Koniecznie musicie spróbować gulaszu z ośmiornicy czy risotto z kalmarami. Na deser koniecznie panna cotta z lawendą (Uwaga! W deserze są całe kawałki kwiatów!).  Jeśli ktoś nie jest jeszcze przekonany, to na potwierdzenie wyśmienitej kuchni Jurin Podrum warto wspomnieć, że w 1937 roku rodzina gościła w swoich skromnych progach samego króla Edwarda VIII (tuż po jego abdykacji) wraz z żoną – Wallis Simpson, podczas ich miesiąca miodowego.

Około siedmiu kilometrów od Starego Gradu, znajduje się senny mały port – Vrboska. Często można usłyszeć o nim „mała Wenecja” czy „chorwacka Wenecja”,  z uwagi na jego położenie na terenie ujścia rzecznego i licznych kamiennych mostów, które się tam znajdują. W centrum miasteczka stoi ciekawy kościół-forteca (crkva sv. Marije) zbudowany ok. 1580 roku, który miał służyć do obrony przed Turkami.

vrboska

Na południowy wschód od Vrboskiej leży nieduże, ale tętniące życiem miasteczko – Jelsa. Mimo niewielu zabytków jest ono bardzo popularne wśród turystów z racji świetnej infrastruktury, licznych kafejek i restauracji oraz bujnego życia nocnego. Wielbicielom lodów i słodyczy polecam wybrać się do kawiarni Eis Caffe Jelsa, która znajduje się na rogu głównego placu. Istnieje ona od ponad pięćdziesięciu lat i jest najchętniej wybierana przez miejscowych i turystów. Kawiarnia specjalizuje się w lodach wytwarzanych zgodnie z tradycyjną recepturą i oferuje szeroką gamę ich smaków. Każdy deser lodowy nie tyko świetnie smakuje, ale też i wygląda – finezyjna dekoracja ucieszy każde oko.  Oprócz tego kawiarnia oferuje różnego rodzaju ciasta – prawdziwym łasuchom polecam tort czekoladowy, szczególnie rano do wspaniałej czarnej kawy (niezastąpiona dawka energii na resztę dnia!). Warto mieć dużo wolnego miejsca w brzuchu, ponieważ porcje są ogromne. Kawiarnia także słynie z zawsze uśmiechniętej i skorej do żartów obsługi.

Najważniejsze punkty już macie zarysowane – koniecznie je sprawdźcie, ale też nie zapominajcie, żeby podczas swojej podróży po Hvarze zboczyć z głównej trasy i znaleźć własne malownicze, pełne spokoju i uroku zakątki wyspy.

Podróżowała, opisała i polecała: Karolina Urbańska

Studentka I roku filologii chorwackiej

 

 

h1

„Okazało się, że nie mam paszportu, zostawiłam pod poduszką”. Rozmowa z dr Iriną Jermaszową

Luty 22, 2015

„Okazało się, że nie mam paszportu, zostawiłam pod poduszką.”

dr Jermaszowa Irina

 Rozmowa z dr Iriną Jermaszową

Zacznijmy od tego, czym zajmuje się Pani u nas, na naszym wydziale.

 Prowadzę pracę naukową oraz zajmuję się edukacją. Obecnie zajmuje się badaniem nad współczesną literaturą i kulturą rosyjską z perspektywy komparatystyki integralnej, m.in. w kontekście polskim.

Jak to się stało, że zaczęła Pani uczyć?

Zaczęło się w Archangielsku, gdzie studiowałam filologię rosyjską z językiem polskim. W świat kultury polskiej, w tym języka, literatury, historii kraju wprowadzał nas lektor, native-speaker, Mariusz Metelski. Od samego początku wszystkie przedmioty mieliśmy po polsku. Łatwo nie było, było dużo pracy, lecz była też ogromna satysfakcja. Pod koniec roku akademickiego, po zaliczeniu wszelkich egzaminów z przedmiotów rusycystycznych w trybie eksternistycznym, czekała na nas wielka podróż do Polski, gdzie przez dwa miesiące chodziliśmy na zajęcia na Uniwersytecie im. Adami Mickiewicza w Poznaniu na UAM. Zajęcia również kończyły się egzaminami. Później – po licencjacie – kilka  osób z mojej grupy dostało propozycję napisania pracy magisterskiej w Poznaniu, w tej grupie znalazłam się też ja. W ten oto sposób przyjechałam na magisterium, potem rozpoczęłam studia doktoranckie, obroniłam się, a następnie zostałam zatrudniona w naszym Instytucie Filologii Słowiańskiej. Taką miałam drogę, jeśli chodzi o karierę, natomiast, jeśli chodzi o moją pierwszą podróż do Polski, to było to doświadczenie traumatyczne, choć z perspektywy lat wydaje się komiczne. Był maj. Cała grupa jedzie do Moskwy, by dalej ruszyć pociągiem do Poznania. I tak się stało: wszyscy pojechali, oprócz mnie. Okazało się, że nie mam paszportu, zostawiłam pod poduszką. Grupa pojechała dalej, a ja musiałam kupić nowy bilet i czekać na dworcu moskiewskim ponad dobę na mamę z moim paszportem. Ale moja przygoda na tym się nie skończyła. Gdy późno nocą dotarłam do Poznania i wysiadłam na Dworcu Głównym, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nikt mnie nie witał. Zwątpiłam, czy to w ogóle Poznań. Nie znałam ani adresów, ani numerów telefonicznych. Nie miałam pojęcia, dokąd mam iść. Na szczęście spotkałam na peronie starszego mężczyznę, który rozumiał nieco po rosyjsku. Zaprowadził mnie na dworzec, a dalej – do Informacji, gdzie stała też grupka Romów. I to właśnie za ich pomocą dowiedziałam się, że mój lektor przyjdzie po mnie nad ranem, dokładnie o 9-j, a była jeszcze 3 godzina. Grupa była odebrać mnie z dworca o 23-j. Nikt nie wiedział, że pojadę innym pociągiem i przyjadę dopiero w nocy. Czekałam, stojąc pod zegarem, nigdzie nie odchodząc. Wszystko się skończyło pozytywnie, choć Mariusz trochę się spóźnił.

Nie bała się Pani?

Teraz już nie pamiętam czy się bałam. Troszkę tak. Byłam tak zmęczona, że kolana mi drżały. Skupiałam się też na tym, aby nie przegapić swojego nauczyciela.

Czemu właściwie wybrała Pani język polski?

Zdawałam na filologię rosyjską na dwóch uniwersytetach w różnych obwodach i się dostałam, ale wybrałam Państwowy Pomorski Uniwersytet w Archangielsku, dlatego że był drugi język słowiański. Połączenie filologii rosyjskiej i polskiej było atrakcyjne, dawało więcej możliwości i większe perspektywy w przyszłości. Poza tym rosyjska sytuacja ekonomiczna na przełomie wieków była dość trudna, więc dla rodziców – ze względów finansowych – łatwiej było mnie wysłać na studia do Archangielska, gdzie wówczas studiowała medycynę moja siostra. Kiedyś też rozważałam, czy nie pójść w ślady rodziców i siostry, tzn. pójść na Akademię Medyczną, ale w końcu nie odważyłam się. Natomiast próbowałam jeszcze dostać się na fińską filologię w Petersburgu. Niestety chętnych było zbyt dużo, a przyjmowano tylko sześć osób. A więc pożegnałam z Petersburgiem i pojechałam do Archangielska, na filologię rosyjską z językiem polskim. I dobrze się stało zarówno dla mnie, jak i dla rodziny. Tak się składa, że moja nieżyjąca już babcia była Polką. Przed studiami nie zastanawiałam się nad innością mojej babci, nie umiałam docenić jej polskości. Więc jej pochodzenie nie miało wpływu na wybór studiów. Dopiero później, jak już zaczęłam się uczyć języka, doceniłam to. Babcia świetnie mówiła po rosyjsku, ale też nie zapomniała języka polskiego. Niestety tylko raz przed śmiercią mojej babci udało mi się porozmawiać  z nią nieco po polsku. Na tyle, na ile mogłam po pierwszym semestrze nauki. Po pierwszym roku studiów, praktykach w Poznaniu, zamieszkiwaniu w akademikach, dodatkowych kursach językowych – mój polski znacznie się rozwinął. Zwłaszcza mieszkanie wśród polskich studentów wniosło ogromny wkład. Chcesz – nie chcesz, wchodzisz w ten świat polskich studentów i oni cię uczą wszystkiego…

Trudno było się nauczyć?

Właśnie szybko! Przyjeżdżasz bez garnka, bez patelni, chcesz pożyczyć – musisz poprosić. Po pierwszym roku już każdy z nas mówił. Może z gramatyką jeszcze nie było najlepiej, nauczyciel się śmiał, że po testach rosną nam „jeziora łabędzie” (tzn. dużo ocen niedostatecznych), ale ze zrozumieniem i mówieniem było już całkiem dobrze. Praktyka jednak robi swoje.

Cały czas ma Pani kontakt z osobami ze studiów?

Przyjechała nas tutaj garstka i ta garstka tutaj została. To jest taka nasza diaspora, jesteśmy rodziną. Trzymamy się razem. Zresztą utrzymuję też przyjaźń z tymi osobami, które poznałam podczas pierwszych moich przyjazdów do Poznania. Jestem bardzo związana z tym miastem, jest jak mój drugi dom.

Wspominała Pani, że uczyła się języka serbskiego. Jak to było?

Byłam ciekawa języków południowosłowiańskich. Poznałam też Stanisławę Kostić, lektorkę języka serbskiego, osobowość której również zachęciła mnie na nauki serbskiego. Ona zgodziła się, abym uczęszczała na jej zajęcia. Może i nie byłam najlepszą uczennicą, ale nauka serbskiego sprawiała mi dużą frajdę. Na praktyce, a byłam też na stażu miesięcznym w Belgradzie, dostrzegłam, jak podobne są nasze języki, a jednocześnie są różne. Natomiast jeśli chodzi o język angielski, chociaż mówią, że jest bardzo prosty, dla mnie wcale taki nie jest. Może dlatego, iż nie potrzebuję go na co dzień. W Polsce prawie z każdym obcokrajowcem – z Japończykiem czy Tunezyjką – rozmawiam po polsku. Jednak języki słowiańskie bardziej mnie pociągają i łatwiej je przyswajam, niż np. angielski.

A co z kulturą polską, zauważała Pani znaczące różnice?

Tak, na pewno tak. Niby jesteśmy bardzo podobni, a jednocześnie bardzo różni. Od najprostszych rzeczy – jedzenie. Na początku nie bardzo smakowała mi kuchnia polska. Wydawała się zbyt ciężka i mączna. Jedyne od razu polubiłam schabowe, co prawda nie wiedziałam, z czego one są zrobione, myślałam, że z kurczaka. Pierogi, choć i przypominały nieco rosyjskie pielmieni, jednak średnio mi smakowały. Pierogi z kapustą, serem, truskawkami w Rosji nazywają się wariennikami, ale jest to raczej kuchnia ukraińska. U mnie w domu, na północnym-zachodzie Rosji, nigdy tego nie jadłam. Pamiętam też, że poczęstowano mnie zupą czerniną, albo „zupą-kompot” z makaronem, kaszanką, zupą „bazową” – dla mnie to była absolutna nowość. Nie smakowało mi, zastanawiałam się, co to w ogóle jest. Teraz jest już inaczej. Moje kubki smakowe przyzwyczaiły się. Tyle lat już mieszkam w Polsce, że teraz prawie wszystko mi smakuje. Nawet polski rosół, który w odróżnieniu od rosyjskiego rosołu, jest bardzo bogaty w smaku. W naszym rosole muszą znaleźć się wyłącznie woda, kurczak lub inne mięso, sól, pieprz, cebula, liść laurowy i koniec. Żadnej marchewki, pietruszki, selera, poru czy makaronu.

Wracając do kultury i punktów zbieżnych pomiędzy naszymi krajami, to warto wspomnieć ludzką otwartość i gościnność. Wszędzie byłam mile przyjmowana. Pierwsza moja współlokatorka w akademiku  od razu zaprosiła mnie do swojego domu rodzinnego na tak długo, jak będę chciała. Jeśli chodzi o punkty rozbieżne, to weźmy choćby kino. Jest wielka różnica. W Rosji  popularny jest dubbing. Stąd może gorzej przyswajamy angielski. W każdym filmie – zarówno w tv jak i kinie – słychać tylko rosyjski. W polskich kinach natomiast występują napisy, które w niczym nie przeszkadzają słuchać wersji oryginalnej. Dla mnie było to nowością, a nawet przeszkodą. Po każdym takim seansie byłam strasznie zmęczona. Zwyczajnie nie nadążałam oglądać i czytać. Dlatego chodziłam na filmy typu „Ogniem i mieczem”! Nie wszystko, co prawda, rozumiałam, ale przynajmniej mogłam się osłuchać. Czas leci. Teraz już doceniam napisy i taki sposób przekazu.

A jak z ogólną oceną Polski?

Ja już nie jestem obiektywna, tutaj mieszkam ponad 10 lat, więc jestem już związana zarówno z Polakami jak i z kulturą polską, a Poznań traktuję jak drugi dom, stąd mój dom rodzinny wydaje się być bliżej niż z innego miasta Polski. Także jestem związana z Gdańskiem, gdzie mam liczną rodzinę ze strony babci, matki ojca. Uwielbiam też złotą polską jesień! Jedynie może zima nie do końca mi odpowiada. Za ciepło! Jednak jest tęsknota za ostrą zimą, temperaturą do -30, zaspami śniegu sięgającymi powyżej wzrostu człowieka, zmrokiem trwającym prawie 24 h…  No i może latem jest trochę za gorąco. Przedtem mogłam mieć uczulenie jedynie na mróz, a teraz nabyłam cały zestaw prawdziwego Polaka: uczulenia na pyłki, trawy i bóg wie co jeszcze. Więc w ten oto sposób połączyła się najwidoczniej moja rosyjskość z polskością.

Rozmawiała Kamila Krótka

h1

Kalejdoskopje

Grudzień 14, 2014

Marek Matyjanka

Kalejdoskopje

Umówmy się pod wojownikiem na koniu. Przychodzisz spóźniony, a tu kilkunastu wojowników i z dziesięciu na koniach. Ale jeden jest wojownik na koniu, bo jeden tylko gra, świeci i tańczy.

Trzęsienie ziemi, które nastąpiło 26 lipca 1963 roku o godzinie 5:17, trwało tylko 20 sekund, ale to wystarczyło, żeby 80% stolicy jugosłowiańskiej Macedonii zamienić w gruzy. Poruszeni tragedią oraz zobowiązani ideą braterstwa i przyjaźni słoweńscy skauci ruszyli do Skopje. Serbowie wysłali koparki typu Cobra, z Nowego Sadu stawili się inżynierowie, z Sarajewa – kierowcy. Z Czarnogóry górnicy, a z Chorwacji strażacy, ciężarówki, agregaty, reflektory i piły. Przybyli też Szwedzi, Bułgarzy i Związek Radziecki z tysiącami łopat, ponad setką buldożerów, kinem i piekarnią. Harcerze z bystrymi oczyma, szybkim tętnem i pieśniami: „Skopje, ty nie trać nadziei, zjednoczona młodzież nadchodzi”, albo: „Towarzyszu Tito, tu będzie jak w Moskwie, my ci to obiecujemy”.  Przyjechał też Josip Broz Tito z Chruszczowem i pokrzepili ich wszystkich.

Pomoc zadeklarowało pół świata. ONZ zorganizowało konkurs na nowy projekt urbanistyczny, Rumunia ofiarowała szpital, Meksykanie – osiedle, Polacy – Muzeum Sztuki Współczesnej, a konkurs na zasadniczy model miasta wygrał Japończyk Kenzo Tange.

Drugie trzęsienie Skopje

W ciągu kilku lat w Skopje wybudowano rzeczy, o jakich ludziom się tam w tamtych czasach nie śniło. A był to, trzeba pamiętać, okres, w którym do stolicy napływała ludność ze wsi, miasteczek i okolic. W kioskach prawdopodobnie bywał już wtedy „Playboy”, w radioodbiornikach prawdopodobnie dał się słyszeć jazz. I z tym mieli największy kulturowy problem niepiśmienni rolnicy i pasterze górzystej Macedonii – z przywyknięciem do futurystycznego budynku poczty i kampusu uniwersyteckiego w kształcie odpadu z wyrzynarki. Najwyraźniej kłopoty z modernistycznym brutalizmem mają do dziś potomkowie tych samych pasterzy. Pocztę zasłonięto bowiem bilbordami z reklamą napojów, a budynek wydziału filozoficznego porasta pajęczynami.

W zadymionych aulach obradowali architekci i urbaniści. Aż gęsto było od dymu, wrzało od lepkiej, żółtawej rakii. Projekty, konkursy, pomysły z całego świata; wszystko, co było trendy w ówczesnej architekturze. Jednak najbardziej niefortunne było chyba to, że nikt nie konsultował się z mieszkańcami zniszczonej stolicy. Można zresztą domniemywać, że wąsaci rolnicy oderwani od pługa mieli to pewnie głęboko w dupie. Nowe Skopje po trzęsieniu ziemi spadło zatem jak z nieba mocą centralnej decyzji.

Skopje zawsze było miastem niedokończonym, w którym ciągle kto inny swoje budował. Najpierw Rzymianie. Później Bizantyńczycy, Słowianie i Turcy Osmańscy, którzy pobudowali tu między innymi łaźnie, choć to jednak głównie ich religijne usposobienie wymusiło najwięcej zmian w tkance miejskiej. Swoje trzy grosze wtrącili też Serbowie i Bułgarzy, a następnie jugosłowiańscy socjaliści, którzy wszystko chcieli stawiać od nowa. Trzęsienie ziemi było świetną okazją, by posprzątać gruzy i zacząć w tym samym miejscu od początku. Dlatego to miasto nie rośnie na boki. Skopje narasta pionowo, wertykalnie, jedna warstwa na drugiej. Na Skopje od wieków coś spada jak klocki w grze „Tetris”, jak kalejdoskop, który za każdym razem obraca ktoś inny.

Polityka symboli

W 1991 roku Macedonia odłączyła się od Jugosławii. Na maszty wciągnięto flagi i dwa miliony mieszkańców Byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii mogło sobie teraz zamienić czerwone gwiazdy na żółte słońca. Niemniej nowa, słaba politycznie i ekonomicznie republika musiała zmierzyć się z kolejnymi problemami: o symbole i tradycje starożytnej Macedonii upomniały się sąsiednie kraje. Bułgaria i Grecja, a po części także i Serbia, te same elementy uznały za część własnego dziedzictwa. Sofia język macedoński zaakceptowała jedynie jako sztucznie wypreparowany bułgarski dialekt. Autokefaliczności Macedońskiej Cerkwi Prawosławnej sprzeciwiła się z kolei Serbia.

Lecz najbardziej drażniące są chyba greckie pretensje. Dotykają bowiem podstaw macedońskiej konstrukcji, jej pierwszych założeń. Przede wszystkim, jak twierdzą Grecy, Macedonia nie ma prawa nazywać się Macedonią. Może nazywać się na przykład Republiką Skopje albo jeszcze inaczej, byle tylko w nazwie nie figurowało słowo Macedonia. Macedonia jest tylko w północnej Grecji, ze stolicą w Salonikach, a Aleksander Wielki, jego mama, tata, koń Bucefał i większość przyjaciół, byli Grekami. Gwiazda z Verginy, którą przyswoiła sobie nowa republika na fladze i monetach, to historyczna własność Hellenów, i, jako taka, została ukradziona.

W 1994 roku w Salonikach odbył się marsz, w którym wzięło ponad milion Greków skandujących „Macedonia jest grecka”, a w środowiskach emigracyjnych w Kanadzie czy Australii, pomiędzy Grekami a Macedończykami, próbowano nawet rozwiązać ten problem w pojedynkach na pięści, lecz spór o nazwę pozostaje nierozstrzygnięty do dziś. Rozmowy pomiędzy Atenami a Skopje ugrzęzły na konsensusie, którego efektem jest prowizoryczny skrót FYROM.

W imię Ojca, Syna i Matki

Być może tylko dlatego macedońska władza zdecydowała się na spektakularny projekt odbudowy stolicy i nadania miastu nowego charakteru. Wszystko z powodu upartych Greków odmawiających Macedonii prawa do nazwy i symboli. W ten sposób ta sama władza – dla rozwiania wszelkich wątpliwości co do powagi swoich zamiarów – zdecydowała się postawić w centrum kilkadziesiąt pomników, wybudować gmachy użyteczności publicznej i łuk triumfalny. Wszystko najeżone symboliką z narodowego imaginarium. Reliefami, deklaracjami, podobiznami, znaczącymi datami z macedońskiej historii. Projekt nazywa się SKOPJE 2014 i jest prowokacją. Jest fantastyczny i wielki, jest zamachem na zdrowy rozsądek. Jest jak wielka i głośna armata. Nie jest kryzysem tożsamości. Jest erekcją tożsamości, wytryskiem pomiędzy greckie oczy. Można przypuszczać, że gdyby nie greckie blokady, embarga, pretensje, nic podobnego by się tu nie stało.

W tej chwili Skopje zmieniło się w park tematyczny. Postawienie ponad 40 pomników i odbudowa 20 gmachów publicznych to drugie trzęsienie Skopje, mieszkańcy stolicy znów przecierają oczy ze zdumienia.

Na głównym placu, w centrum miasta – Wojownik na Koniu. Oficjalnie. Wszyscy i tak wiedzą, że to Aleksander Macedoński, a najlepiej wiedzą to Grecy. Wraz z kolumną, na której stoi, ma jakieś 25 metrów. Wokół cokołu – ośmiu wojowników w hełmach i z dzidami. Na ich tarczach – symbol gwiazdy z Verginy, o który ma pretensje Grecja. Choć właściwie to nie do końca, bo gwiazda, zamiast szesnastu, ma czternaście ramion. Czyli niby wszystko w porządku. Jeśli Grecy się dobrze przyjrzą, to nie ma się czego czepić. Jak dodatkowy pasek na dresie, jak napis Abibas. Trochę niżej, na wyciągnięcie ręki przechodnia – lwy. Osiem lwów z brązu, po 2,5 metra każdy. Co drugi zwrócony w stronę zewnętrzną, a pozostałe, w stronę wewnętrzną z pyska tryskają wodą. Nocą cały ten kompleks zmienia kolory, mieni się i tańczy, a całości dopełnia oprawa muzyczna. Dzieci to uwielbiają. No, i jest to popularne miejsce spotkań, bo tak naprawdę jeden jest tylko wojownik na koniu. Umówmy się pod wojownikiem na koniu. Przychodzisz spóźniony, a tu kilkunastu wojowników i z dziesięciu na koniach. Ale jeden jest wojownik na koniu, bo jeden tylko gra, świeci i tańczy.

W bezpośrednim sąsiedztwie pomniki carów i królów z różnych epok i krain. Serbski car Duszan, Bizantyjski Justynian, Albański Skanderbeg. Rewolucjoniści, komuniści, uczeni, święci, artyści. Ci na koniach i ci bez. Filary, wazy, dzidy, pilastry, junacy. Macedoński pop piosenkarz Tosze Proeski z mikrofonem, malarze różnych stylów z pędzlami, działacze niepodległościowi i pisarze z książkami pod pachą. Muzyka gra, lwy sikają wodą. Ja się przechadzam. Tam znów altana, nie wiadomo po co. Fontanna, końskie łby sterczą jak wściekłe. Znów lwy, kandelabry. Śmietniki i barierki o pozłacanych ornamentach, latarnie oplecione siatką pękatych kiści. W tle szare bloki i góry, a na chodnikach bezdomne psy wyglądają jak martwe. Za Kamiennym Mostem – znów fontanna. Ojciec Wojownika na Koniu w kolorze brązu, brodaty wojownik z wyciągniętą pięścią. Pod nim, dookoła cokołu, żołnierze w sandałach. Nieco wcześniej – też fontanna. I kilkumetrowe postaci. Figura kobiety w ciąży, zaraz obok ta sama kobieta, ale już z pyzatym dzieckiem u boku –  to Matka Wojownika na Koniu i żona Ojca Wojownika na Koniu z, młodym jeszcze, Wojownikiem na Koniu. Grecy poznaliby od razu – to Olimpia, matka Aleksandra, żona Filipa.

A wszystko tak, jakby ktoś taczką wywalał. Posągi, lwy, konie, święci. Już i tak jest zbyt wiele. Psy podnoszą łby, kiedy przechodzę obok. Pisk. To niskie dźwięki z głośników mające odstraszać gołębie, żeby nie srały na święte. Pisk ryje w głowie, nie wiesz i tak, czy to istnieje, czy to obłoki, czy hologramy.

Podchodząc do rzeki, kulisz się jak robal, robisz się jeszcze mniejszy, bo nie jesteś z brązu, masz głowę wielkości paznokcia tych monumentów. Nie jesteś wojownikiem, nie jesteś nawet jego koniem. Możesz mieć tylko skórzane sandały. Antyk już dawno rozpuścił się w przeszłości i podręcznikach do historii. A tu proszę, zrobili sobie rok temu. Od razu barok, klasycyzm i antyk. Choć nigdy tu takich rzeczy nie było. Skopje z powodu kilkuset lat okupacji tureckiej nawet obok baroku nie leżało. Ale i tak zrobili. Dlaczego tylko, mając na uwadze bałkańskie, prawosławne i antyczne postulaty tożsamości narodowej Macedończyków, zdecydowano się na klasycyzm i barok? Na europejskie prądy, które tu nie dotarły i nie mają związków z tym, co miałoby być macedońskie? Akcent przeniesiono na okcydentalizm, zachodnie aspiracje, stworzenie iluzji europejskiego miasta, którym Skopje nigdy przecież nie było. Teraz, być może, nie będzie tym bardziej.

Nikt nie wie, ile partia rządząca o nazwie długiej i dźwięcznej, Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna – Demokratyczna Partia Macedońskiej Jedności Narodowej, wydała milionów, żeby się pozbyć kompleksu prowincji, żeby zmaterializować macedońskie neurozy i sny o potędze. W pewnym momencie po prostu pękło. Narodowa megalomania wyrzygała knebel, puściły pasy i kaftan. Macedonia, jeszcze dyszy z wrażenia, jeszcze sama nie może uwierzyć. Ważne, że pokazała – nic nie jest niemożliwe.

Wzdłuż brzegu Wardaru Projekt SKOPJE 2014 przewidział budynki użyteczności publicznej. Muzeum Walki Macedońskiej, Muzeum Archeologiczne, MSW, tutejszy fiskus, Teatr i kilka innych. I wszystko wielkie, ale na zdjęciach. Zachwyca, oczywiście, że zachwyca, dlaczego miałoby nie zachwycać? Zachwyca, ale gdy pijany przejeżdżasz taksówką. Jak letni romans, nie złote gody. Nie w tym stężeniu, nie w tej jakości, bo nawet w Disneylandzie piraci z Karaibów nie tańczą z psem Pluto. From Poland? You like Skopje? It’s beutifull, a? Ouu, yes. Extasy emotion.  Tych kilka budynków jest jak atrapa, mokre zapałki. Ludowi herosi, pozłacana Nike i Prometeusz z pochodnią. Dwupiętrowe autobusy. Posągi nijakie jak chińskie pamiątki. Antyk tu wieńczą szklane kopuły, barok ma okna z plastiku, opera – panele i obicia z polaru. Na rzece wystawne pirackie galery – restauracje. One nigdy nie popłyną, mają betonowe fundamenty, o które obijają się puste butelki spływające Wardarem. Budynki o portalach ogromnych świątyń, długie są na sto, a szerokie na cztery metry. Mosty, które prowadzą donikąd i muzea, w których prawie nic nie ma. Wszystko to jak płyty CD na lusterku w samochodzie. Fajnie błyska, ale zasłania. Być może to właśnie jest ten postmodernizm, o którym się tyle mówi? Dużo bardziej realne są nasze dotykowe telefony i piekące się albańskie kotlety.  A w kiblach wciąż na kucaka.

***

Macedonki o kocich rysach przechadzają się wyniośle. Drapieżnie ponętne są jak swoje architektoniczne odpowiedniki znad rzeki. Są jak muzy, ale na pierwszy rzut oka. Raczej hostessy z festynu. „Czy mogę poprosić widelec do ryby?” W domu starzy oglądają tureckie seriale, przed nimi ciasto na złotych paterach, gipsowe amory, misie na ścianach, a najarane jak diabli, że oczy łzawią i w TV widać tylko tureckie wąsy. „Poproszę machiatto”. Spacerują, szeleszcząc i dzwoniąc. Są jak przebłyski innego świata, kiedy tak lawirują pomiędzy dziurami w chodnikach a bezdomnymi psami. Ich złote dodatki, ostre jak nóż makijaże, a na kolacje mielone mięso. „Ten łosoś jest mdły”. Przyglądam się, jak po królewsku i dumnie kołysząc biodrami w obcisłych dżinsach, mijają żebraków i barokowe łuny. A potem, okrakiem nad dziurą w kiblu, chcą zrobić to szybko. One nie wiedzą, im to nie przychodzi do głowy, ale gdzieś w tym okraku, gdy cienkie szpilki wpadają w mocz, marzą, by w końcu ktoś odkopał antyczny wychodek Matki, Ojca
i Wojownika. I niech się okaże, że mieli bidet i miękki papier, perłową spłuczkę
i miodowe mydło. I wtedy nowy projekt epickich toalet – niech skończy tę farsę. Do tego czasu pozostaje schizofrenia, pozostaje trwać okrakiem nad zbutwiałymi budami i szlifowanym marmurem snów o potędze. Co innego? Na dyskotece wypić pięć drinków i przejść przez gipsowy łuk triumfalny prosto do budy z kebabem, a potem wsiąść do taksówki, by powiozła cię tam, gdzie wzrok nie sięga, ale chłopaki i tak mają w uszach brylanty, a oczy świecą im się jak milion denarów na widok szpilek i obcisłych dżinsów. Co więcej? Rzucić okiem na betonowe fabryki porośnięte krzakami, koty pijące z kałuży i napis na murze: „Macedonia jest wieczna”.

Bo trwanie mimo sprzeciwu rzeczywistości i świata to przecież najwytrwalsze z trwań.

 

————————————————————

Tekst ukaże się w 48. numerze kwartalnika Ha!art .

www.ha.art.pl

h1

„Dać korzenie i skrzydła”

Grudzień 14, 2014

„Dać korzenie i skrzydła”[1]

Liceum Ogólnokształcące im. Powstańców Wielkopolskich w Środzie Wielkopolskiej jest jedną z dwóch szkół pod patronatem Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i już 7 października 2014r. klasa humanistyczno-europejska rozpoczęła swoją przygodę z językiem macedońskim.

Jak do tego doszło?

Inicjatywa powstania klas partnerskich wyszła spod pióra pani Anny Podbielskiej, obecnej Dyrektor Liceum Ogólnokształcącego im. Powstańców Wielkopolskich w Środzie Wielkopolskiej. „Trzeba szkole dać ducha naukowego” – w tym zdaniu zamyka się cała geneza idei, która mimo małych szans na ziszczenie, odniosła sukces. Pani dyrektor, wysyłając listy intencyjne skierowane do uczelni wyższych, nie liczyła na większy odzew. Jednak gdy ten nadszedł, powstały klasy patronackie, czyli takie, które zostały objęte patronatem konkretnych uczelni.

24 kwietnia 2014r. odbyło się spotkanie z przedstawicielami świata akademickiego, z którymi szkoła nawiązała stosunki w ramach projektu „Patronat uczelni wyższych szansą na lepszy start młodzieży”. W owym spotkani wzięli udział przedstawiciele Uniwersytetu Ekonomicznego, Uniwersytetu Przyrodniczego, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Politechniki Poznańskiej i Akademii Wychowania Fizycznego. „To był dla naszego liceum wielki dzień, w końcu nie każdego dnia można spotkać w jednym miejscu tylu ważnych osobistości świata akademickiego.” – mówi pani Dyrektor. – „Projekt działa prężnia i rozwija się, czego dowodem jest pozytywny odzew Politechniki Poznańskiej, która zadeklarowała chęć współpracy.”

Biorąc pod swoje skrzydła jedną z klas Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej zaproponował szkole nauczanie jednego spośród dwóch zaproponowanych języków: bułgarskiego lub macedońskiego, przez lektorów Instytutu Filologii Słowiańskiej. 1 września 2014r. zostało podpisane porozumienie o współpracy średzkiego liceum z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uniwersytet reprezentowali – JM Prorektor prof. dr hab. Zbigniew Pilarczyk i Dziekan Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej prof. dr hab. Bogumiła Kaniewska, a liceum – Dyrektor Anna Podbielska.

Dlaczego macedoński?

„Kierowaliśmy się opinią pana dra Jóźwiaka, absolwenta naszego liceum” – mówi pani Dyrektor – „Macedoński jest językiem uniwersalnym na Bałkanach, można się nim łatwo porozumieć. Na lipcowym spotkaniu Rady Rodziców klas I stwierdzono, iż to język macedoński będzie u nas nauczany.”

Co daje nauczanie języka przez lektorów Instytutu Filologii Słowiańskiej?

            „Korzyści tej wczesnej integracji z uczelnią jest dla uczniów oczywista. Poznają miejsce swojej przyszłej nauki, ludzi z którymi będą współpracować. Dowiadują się, czego będzie się od nich oczekiwać, jakie wymagania będzie się im stawiać. Dla liceum to ogromna korzyść. Polega ona na wzroście prestiżu szkoły oraz na wzbogaceniu oferty edukacyjnej. Aż 20% naszych absolwentów wchodzi w skład akademickiej społeczności Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uczniowie mają też okazję poznać inną stronę nauki – w końcu język macedoński to nie niemiecki, a przykład płynący z ich starszych kolegów, już studentów, jest szczególny, gdyż to właśnie na uczelniach wyższych czci się naukę, a nie traktuje jak przymus.” – kontynuuje pani Dyrektor. – „Nasi licealiści są też często zabierani wraz z akademickimi wycieczkami do różnych krajów, do Czech czy na Bałkany.”

Uczniowie mają również możliwość poznawania innych kultur i otwarcia się na nie. Raz w miesiącu odbywają się w liceum zajęcia Wiedzy o Kraju i Kulturze, które przybliżają młodym umysłom sylwetki różnych krajów. W I semestrze licealiści poznali: Macedonię, Bułgarię i inne kraje.

W klasie

Nauka języka macedońskiego to dla licealistów zupełna nowość i odrobina egzotyki w codziennym, szarym życiu ucznia. Zajęcia nie są obowiązkowe, a mimo to uczniowie z wielką chęcią na nie uczęszczają. Dlaczego tak się dzieje? „Mamy okazję poznać nie tylko język, ale i kulturę Macedonii” – mówią humaniści. – „Sami nie zaczęlibyśmy się uczyć macedońskiego, to zbyt egzotyczny język by o nim myśleć na co dzień. To zupełnie co innego niż nauka niemieckiego albo angielskiego.” – przyznają.

Średzcy licealiści uczą się języka macedońskiego raz w tygodniu, przeznaczając na to dwie godziny lekcyjne pod okiem mgra Zvonka Dimowskiego. Pierwsza część zajęć to praktyczna nauka języka, potem następuje czas na coś o wiele przyjemniejszego. Licealiści mają okazję poznać kulturę i zwyczaje panujące w tym kraju bałkańskim. Nauka tańców, odsłuchiwanie muzyki, w tym ich ulubionego Turbo Folku, odpowiednika polskiego Disco Polo, poznawanie legend – to wszystko różni się od zwyczajowej i tradycyjnej nauki języków obcych i przez to uatrakcyjnia zajęcia, które stają się dla uczniów mniej męczące i bardziej interesujące. Właśnie te różnice między „licealnym” a „akademickim” nauczaniem języka sprawiły, że licealiści z większą chęcią uczą się tego bałkańskiego języka.

[1] Motto Liceum Ogólnokształcącego im. Powstańców Wielkopolskich w Środzie Wielkopolskiej

 

DSC_0282 DSC_0285 DSC_0288 DSC_0290 DSC_0291

 

 

Tekst i zdjęcia: Marta Brzezińska

 

h1

Czarodziej z Ozlja – wywiad z młodym chorwackim twórcą komiksów Josipem Stupiciem

Lipiec 15, 2014

Czarodziej z Ozlja – wywiad z młodym chorwackim twórcą komiksów Josipem Stupiciem

 

Josip Stupić, to autor komiksu Čarobnjak iz Ozlja (Czarodziej z Ozlja), który w swojej debiutanckiej powieści graficznej zobrazował rodzinne miasto i wykreował postać sympatycznego ponad 200-letniego Czarodzieja. To humorystyczna opowieść o problemach młodych ludzi w dzisiejszym świecie, przyjaźni bez względu na różnice wieku oraz radości, jaką niesie posiadanie życiowej pasji.

Josip jest tegorocznym absolwentem inżynierii mechanicznej na Uniwersytecie Zagrzebskim, komponuje także piosenki, gra na gitarze i pisze krótkie opowiadania i wiersze, jest także członkiem chorwackiego stowarzyszenia wielbicieli komiksu Durica.

Niedługo ukaże się druga część przygód Čarobnjaka iz Ozlja.

 

Z Josipem Stupiciem rozmawiała i dokonała tłumaczenia tekstu: Anna Błachowicz-Wolny.

 

Anna Błachowicz-Wolny: W 2013 roku wydałeś swoją debiutancką powieść graficzną „ČarobnjakizOzlja“. Akcja komiksu rozgrywa się w Twoim rodzinnym mieście Ozlju. Powiedz, skąd wzięła się inspiracja do stworzenia postaci Czarodzieja i czy w komiksie znalazły się jakieś wątki autobiograficzne?

Josip Stupić:„Czarodziej z Ozlja” to mój pierwszy dłuższy komiks w formacie albumowym, ma około pięćdziesięciu stron. Od dawna myślałem nad stworzeniem takiego komiksu, chciałem żeby Czarodziej był sympatyczną i mądrą postacią z miasta z którego pochodzę. Ozalj to małe miasteczko niedaleko rzeki Kupy, który zespala w sobie średniowieczny klimat i pewien bajkowy urok, więc Czarodziej doskonale się tutaj komponuje. W znacznym stopniu inspirowały mnie zajęcia na jakie uczęszczałem na Uczelni. Przedmiot nazywał się „Kolejki linowe” i to właśnie on zaszczepił we mnie pewien pomysł. Dlatego w książce,Stary czarodziej z młodym chłopakiem z Ozlja, buduje swoją kolejkę i w ten sposób, odnajduje pasję do wynalazków i maszyn. To na razie pierwsza część komiksu. W planie mam wydanie sześciu tomów, chciałbym w ten sposób poszerzyć historię Czarodzieja, a jednocześnie udoskonalić swoją technikę rysowania. Pierwsza część komiksu zawiera dość dużo autobiograficznych elementów. Na przykład chłopak, który projektuje kolejkę, jest trochę zagubiony i melancholiczny i mogę śmiało powiedzieć, że to w pewnym stopniu mój alter ego. W kolejnych częściach komiksu, planuję również wykorzystać parę autobiograficznych elementów.

A.B-W: Jak to się stało, że zacząłeś interesować się komiksem? Jak długo zajmujesz się rysowaniem? Jesteś samoukiem czy uczyłeś się rysować na specjalnych warsztatach, kursach?

Josip: Komiksy lubiłem czytać już od wczesnego dzieciństwa. Pierwszy, który mogę wyróżnić, i który przez szereg lat mnie fascynował i który uważnie śledziłem z każdym nowym odcinkiem, to „Zagor”. Do moich ulubionych komiksów z dzieciństwa należy też „Asterix”, „Lucky Luke”. Jestem także wielkim fanem książkowych ilustracji. Szczególnie interesują mnie te książki, które za pomocą ilustracji zyskują pewien nowy element, nowy wymiar. Uczestniczyłem w warsztatach rysowania, a przez jakiś czas uczyłem się także rysunku na warsztatach komiksowych w Zagrzebiu.  Kiedy już zdobyłem tę podstawową wiedzę, zdecydowałem się tworzyć własne samodzielne prace. Teraz uczę się na własnych błędach i staram się pracować regularnie.

A.B-W: Co roku w Akademii Sztuk Pięknych w Zagrzebiu, odbywa się 24-godzinne rysowanie komiksu. W ubiegłym roku brałeś udział w tym wydarzeniu, czy możesz powiedzieć na czym polega ta idea?

Josip: 24- godzinne rysowanie komiksu to wyjątkowo interesujące wydarzenie i cieszę się, że mogę coś o nim opowiedzieć. Chodzi tu o dyscyplinę, którą wymyślił Scott McCloud, w celu sprawdzenia swoich możliwości rysowania komiksu.  W ciągu 24 godzin należy wykonać 24 strony komiksu na zadany temat. Większość krajów również uczestniczy w tym maratonie, a w ciągu ostatnich 4 lat także i Chorwacja. Maraton rozpoczyna się w południe i kończy się następnego dnia o tej samej porze. To dość wymagające zajęcie. Oprócz umiejętności rysowania i zmysłu do tworzenia ciekawych scenariuszy, potrzebny jest także dobry stan fizyczny, pozwalający wytrzymać całodobową pracę. Ale to doświadczenie, jest bezcenne i jak najbardziej potrzebne. To dla mnie wielka radość, że mogłem uczestniczyć w tym maratonie, poznać wielu kreatywnych ludzi, a także polepszyć swoją technikę rysowania.  W przyszłym roku ponownie wezmę udział w tym wydarzeniu.

A.B-W: Jesteś absolwentem Wydziału Inżynierii Mechanicznej Uniwersytetu Zagrzebskiego, skąd u Ciebie tak wiele humanistycznych zainteresowań? Oprócz rysowania – grasz także na gitarze, piszesz poezję, opowiadania…

Josip: Od zawsze miałem dość bujną wyobraźnię i lubiłem się wyrażać za pomocą różnych form wypowiedzi. Mimo że mam swoje ulubione zajęcia:rysowanie komiksów, gra na gitarze i pisanie, chętnie spróbowałbym także innych form kreatywnego wyrazu jak na przykład film czy rzeźba (śmiech). Kierunek, który wybrałem zapewnił mi w jakiś sposób możliwość wyrażenia siebie. Choć, już przy samym końcu studiów, sam sobie zadaję pytanie, czy to tak naprawdę dobry zawód dla kogoś z moją wrażliwością. Profesja inżyniera wymaga pewnej matematycznej precyzji i dokładności. To dobre dla osoby pewnej swoich wyborów i ocen, podczas gdy ja jestem bardziej skłonny do improwizacji, wyobraźni i kreatywności.

A.B-W: Tworzysz także krótkie formy komiksowe, czy możesz nam o tym opowiedzieć?

Josip: Tak, na początku, kiedy dopiero zaczynałem rysować, próbowałem tworzyć krótkie, jednostronnicowe historyjki. Były to w głównej mierze proste opowiadanka, które miały jakieś przesłanie, często element humorystyczny. To szybki sposób wyrażenia swoich pomysłów bez jakiś szczególnych mądrości. W tej krótkiej formie również lubię improwizować, dlatego też niektóre komiksy są narysowane tylko flamastrem, spontanicznie i szybkimi ruchami. Niektóre są wykonane tuszem. Do tej pory w swoich komiksach odwoływałem się do takich tematów jak jąkanie, stosunki międzyludzkie, relacje partnerskie, niektóre miały też charakter filozoficzny.

A.B-W: Wiem, że w Ozlju prowadzisz warsztaty rysowania komiksu. Opowiedz nam o tym parę słów.

Josip: W tej chwili w Ozlju są prowadzone warsztaty dla dzieci ze szkoły podstawowej, które prowadzą wolontariusze. I ja prowadzę te warsztaty. To bardzo ciekawe i sympatyczne doświadczenie, przekazywać dzieciom część tej wiedzy, którą posiadam. Cieszę się, widząc jak dzieci kreatywnie i spontanicznie tworzą ciekawe komiksy i rysunki.

A.B-W: Kiedy planujesz promocję drugiej części przygód „ČarobnjakaizOzlja”?

Josip: Zakończyłem już prace nad drugą częścią przygód „Czarodzieja z Ozlja”. Promocja i druk, w małym nakładzie około 100 egzemplarzy, planowana jest w najbliższym czasie. Ciężko mi jednak powiedzieć kiedy dokładnie. Wszystko zależy od współpracy ze stowarzyszeniem Durica z Karlovca, która zajmuje się promocją komiksu, a także od księgarni Lastan w Zagrzebiu, która wesprze ten projekt. Obecnie zacząłem już prace nad trzecim albumem.

A.B-W: Jaki jest Twój ulubiony komiks i czy znasz może jakiś polskich autorów?

Josip: Ciężko mi wyróżnić tylko jeden komiks, dlatego wymienię ich kilka. Z komiksów przeznaczonych dla młodych czytelników, moim ulubionym jest na pewno „Zagor”. To komiks, który czytałem przez dłuższy okres czasu i do dziś często i chętnie do niego wracam. Bardzo lubię Codzienną walkę Manu Larceneta (oryg. Combat ordinaire – przetł. Autorka), Maus Arta Spiegelmana,  Lapinot i marchewki z Patagonii  Lewisa Trondheima, Papak Frana Petruša,  a także komiksy słoweńskiego autora Iztoka Sitara Glave i 4000.

Z polskich komiksów znam te o Tytusie, Romku i A’tomku, o Jeżu Jerzym. Dostałem je od mojej bardzo dobrej przyjaciółki z Polski. Graficznie bardzo mi się podobają, ale niestety w związku z tym, że nie znam polskiego, nie byłem w stanie ich przeczytać. W tym roku na festiwal komiksu w Makarskiej (Mafest) przyjeżdża gość specjalny – Grzegorz Rosiński, znany polski rysownik komiksowy, autor legendarnego komiksu „Thorgal”.

A.B-W: Czy miałbyś na koniec jakąś osobistą wiadomość dla polskich czytelników Balkan United?

Josip: Niech będą kreatywni, i tworzą, wzbogacając w ten sposób zarówno siebie jak i innych.

 

rozmawiała Anna Błachowicz-Wolny